Autor: wisienka.
Data: 24 lipca 2011r.
Godzina: 15:44
Hej! Zacznijmy od tego, że wróciłam. xdd
O
rany... Jest tyle do opisania i nawet nie wiem od czego zacząć i jak to
wszystko streścić... Na początek powiem, że było ZAJEBIŚCIE!!! Ja
pierdziele... Na serio nie wiem od czego mam zacząć. Tyle się
wydarzyło...
Poznałam wielu wspaniałych ludzi, o których nigdy nie
zapomnę. Mamy już wstępne miejsce spotkania, a na termin się jeszcze
umówimy. Zabawa była przednia, choć akurat z noclegownią mam nie
najlepsze wspomnienia. Dlaczego? Złe recepcjonistki. I tyle. ;p
Ochodziliśmy się baardzo dużo i powiem Wam szczerze, że spodobała mi się
Warszawa, ale nie mogłabym tam mieszkać na dłużej. Po prostu nie.
Zrobiłam
około sześciuset zdjęć i jestem z siebie pierońsko dumna. c: Mam
pamiątkę jak się patrzy. A Marzena ma mi donieść jeszcze swoje zdjęcia.
Ona ma sesje Mateusza. xpp Mówię Wam, to było boskie. <3
Oto skrócony opis dni:
Dzień pierwszy : sobota.
Wyjechaliśmy
o 6 rano spod szkoły. W autobusie jak to w autobusie. Każda szkoła
oddzielnie, mało wspólnych rozmów (w zasadzie to nie było ich w ogóle,
bo nikt się jeszcze z nikim nie znał). Było tak... dziko. I gdyby taki
wyjazd był cały, to byłoby beznadziejnie. Później krótkie zapoznanie z
nowi ludźmi (jeszcze nie z wszystkimi) i wyprawa do Muzeum Techniki i
Pałacu Kultury. Bardzo mi się tam podobało. Powrót na kolację i
wiadomość, że idziemy na pokazy fontann. To było boskie!! Mam stamtąd
zdjęcia, ale jak ktoś tego nie widział na żywo, to zdjęcia tego nie
oddadzą. O tym mogę Was zapewnić. Po powrocie (już po ciszy nocnej)
szybka kąpiel i... cała noc przegadana. Około 1:00 przyszedł do nas
Marcin i siedział do rana. Fajnie się z nim gadało. A żeby nie wpaść, to
gdy tylko ktoś pukał do drzwi Marcin chował się do szafy. xd
Dzień drugi: niedziela.
Rano
budzi mnie o wpół do siódmej (budzi, bo o 6 rano mi się troszeczkę
przysnęło) krzyk Bynia "Janek się dusi!! Nie oddycha!! Ma drgawki!!
Janek umiera!!". Ja taka zaspana kompletnie nie wiedziałam o co chodzi.
Ale przebudziłam się nie tylko ja. Wreszcie przyszły do nas Damiany i
Byniu i opowiedzieli nam co się stało. Janek przewrócił się, dostał
drgawek i zaczął się dusić. Raz już zemdlał (nie na wyjeździe), wiec pan
Ś. zaraz zadzwonił po pogotowie. My czekaliśmy jak na szpilkach, ale
szybko go wypuścili i już pod koniec śniadania był z nami. Ale nie
wychodził nigdzie. Został w schronisku. My udaliśmy się na obchód
miasta. Plac Zamkowy, Plac Piłsudskiego, Ogród Saski, Pałac Prezydencki,
itd. Zmiana warty przy grobie nieznanego żołnierza to było dla mnie
niezwykłe przeżycie. Uwielbiam mundury i widok żołnierzy wprawia mnie w
zachwyt. <3 Późniejszy komentarz naszego przewodnika też był mega :
"Ja się wcale nie dziwię tym zachwytem dziewczyn. Mundur na kobietę
działa jak goła baba na mężczyznę albo i lepiej" xd Chodziliśmy tak
przez 4 godziny. Później powrót i po obiedzie wyjście do Muzeum
Powstania Warszawskiego. Bardzo mi się tam podobało, ale to było z góry
jasne, bo interesuje się II wojną światową i w ogóle. Potem powrót,
kolacja, wyjście do kościoła na mszę i na tym się na chwilkę zatrzymam.
Dobrze, że ksiądz miał dynamiczne kazanie, bo inaczej bym padła. Już
prawie zasypiałam, co na 100% było wynikiem nieprzespanej nocy. Ale
przetrwałam. Później znowu powrót do schroniska i wyjście do galerii
Arkadii. Mieliśmy tam być do 22:00, ale nam sklepy o 21:00 pozamykali,
bo była niedziela. I wróciliśmy pół godziny wcześniej. Okazało się, że
mamy wśród nas muzyków razem z instrumentami. Stworzyliśmy mini zespół:
Mateusz - gitara, harmonijka ustna, Karol - gitara, ja - wokal. Tą noc
przespałam.
Dzień trzeci: poniedziałek.
Pobudka
zbyt wcześnie. Dlaczego? Bo Andzia nastawiła budzik na 6:00. Budzik
obudził wszystkich poza nią. Ale dostała opieprz i później już nas tak
wcześnie nie budziła. O 8:00 tradycyjnie śniadanko i po śniadaniu
wyjście na cmentarz na Powązkach. Fajnie było zobaczyć tyle grobów
znanych ludzi, ludzi zasłużonych dla ojczyzny i w ogóle... Największe
poruszenie wzbudziły we mnie mogiły osób, którzy zginęli w katastrofie
smoleńskiej. To wszystko jest jednak takie świeże... Na Powązkach złapał
nas mały deszczyk, ale to nic. Powrót, obiad i wyjście do Parku w
Wilanowie. Tam zrobiłyśmy sobie z dziewczynami sesje zdjęciową. c:
Później Łazienki i tam ulewa. ;/ Dobrze, że miałam parasol, więc ani
mnie, ani Justyny nie zlało. Szczerze Wam powiem, że na Łazienkach się
zawiodłam... Tak po prostu... Niestety... Później powrót na kolację i
czas wolny. Już bez żadnego wyjścia. ^^ Tą noc też spałyśmy spokojnie.
Dzień czwarty: wtorek.
Pobudka,
śniadanie i wyjście do Kopernika. Tam bawiliśmy się świetnie.
Najbardziej podobał mi się symulator trzęsienia ziemi, składanie
ludzkich wnętrzności i tester znajomości. 4 godziny minęły mi bardzo
szybko. Powrót na obiad i wyjście do Muzeum Olimpijskiego. Przewodniczka
miała tak pocieszny głos a na dodatek tak przynudzała, że nikt jej nie
słuchał. Na koniec i tak stwierdziła, że byliśmy wzorową grupą :D Powrót
na kolacje i wyjście do Złotych Tarasów. Kupiłam sobie 2 bluzki i
kolczyki. A jakby tego było mało w Housie spotkałyśmy... Hannę Dunowską
czyli Matkę Ksawerego z Barw Szczęścia. ;p Mamy z nią zdjęcie.^^ Kiedyś
się ono pojawi na moim fbl. powiadomię tutaj jak będzie. ;p Marzyłyśmy o
jakiś AKTORACH (Wesołowski!!!!!) no, ale nie wyszło. Dobre i to co
mamy. ;] Wieczorem uprosiłyśmy pana Ś. żeby przyszedł do nas nam
poopowiadać o duchach, które widział on i jego ojciec. Także historie
autentyczne. Fajnie było.^^ Później, tak koło północy, przyszedł do nas
Marcin i... został u nas już do rana. Zasnął. xdd O 4 nad ranem, bo o 4,
ale zasnął. xp Fajnie się z nim gada. Teraz mi zostało tylko GG. Ale
dobre i to. c:
Dzień piąty: środa.
Pobudka,
śniadanie, wyjście do Kopernika. W drugi dzień w Centrum mieliśmy za
zadanie nakręcić film. xd Zabawa dalej była przednia, bo było jeszcze
trochę eksperymentów do zrobienia. Szkoda, że dość dużo rzeczy było
nieczynnych. ;/ Później powrót, obiad i wyjście do Muzeum Wojska
Polskiego. Podobało mi się tam, ale wiadomo, jak już wcześniej mówiłam,
macie do czynienia z osobą, która ma hopla na tym punkcie. ;DD Nie
mieliśmy tam przewodnika. Zwiedzaliśmy na własną rękę. Pod Muzeum
Marzena rozwiązała zagadkę duchów w domu Mateusza. U niego w domu
straszyło i po przebadaniu sytuacji Marzena orzekła: Pradziadek Mateusza
na wojnie kogoś puknął. Później tego trupa zmielili w betoniarce i
dodali do cegieł. A później jego duch o żył i chodząc w glanach rzucał
krzesłami. Przyznam, że dość ciekawy wynik poszukiwań ducha. ;D
Recepcjonistki z naszego schroniska, które ewidentnie nas nie lubiły,
poddały pomysł, żebyśmy z Muzeum wracali na nogach. O.O O rany! Samo
pójście mnie nie przerażało tylko, że... W połowie drogi złapała nas
burza. Mokrzy wpadliśmy do jakiegoś banku i tam przeczekiwaliśmy ulewę.
Gdyby nie bank, to można by z nas było wodę litrami wyciskać. -.- Ale
jakoś dotarliśmy. Na wyjazd na Okęcie się już nie zgodziliśmy. Za dużo
wrażeń jak na jeden dzień... Spać poszłam tak koło 3, bo około wpół do 3
zadzwonił do mnie telefon: "chodź na korytarz". No super... Wychodzę.
Po prawej stronie widzę Mateusza, Karola i Marzenę a po lewej... Pan B.
Zbaraniałam. xd Ale przyszłam, gadam z nimi, a za chwile pan B podchodzi
i się pyta "Długo tak będziecie tutaj gadać? Bo ja długo nie
wytrzymam". Hahahaha. Gość był na serio udany. ^.^ Inny by nas zagonił
do pokoi a on? :D Ale może to też przez wzgląd, że to już OSTATNIA noc
noc pożegnalna...
Dzień szósty: czwartek.
O
szóstej wtargnął głośno pan Ś. "Wstawać, pakować się, sprzątać, bo za
chwilę z wiadrem wody przyjdę!!" Suuuper. Biorąc pod uwagę, że ja się
już spakowałam dzień wcześniej, to taka pobudka była dla mnie bardzo na
miejscu. Biorąc pod uwagę perspektywę, że moje rzeczy były spakowane, a
moje śmieci usunięte do kosza, przeleżałam w łóżku do siódmej. O siódmej
przebrałam się w ubranie wyjściowe, piżamę spakowałam do torby, pościel
z łózka pościągałam i byłam w zasadzie gotowa. O ósmej znieśliśmy nasze
bagaże do bagażowni, a kwadrans później mieliśmy zdawanie pokoi.
Zdałyśmy na 5! Śniadanko i znowu Centrum Nauki Kopernik. -.- Ok, ja
rozumie dwa dni, ale w trzeci, to już na serio ni było tam co robić...
Obsługa się na nas najpierw dziwnie patrzyła "dlaczego nic nie robimy
tylko siedzimy", ale jak im powiedzieliśmy, że jesteśmy tu już trzeci
dzień, to stwierdzili, że my możemy sobie siedzieć, i że w sumie to nam
współczują. :D Po centrum zabranie bagaży i wyjazd do domu. Całą drogę
(8 godz. z przystankami) śpiewaliśmy a Mateusz i Karol grali. Było
bosko!!
Przyjechaliśmy około godz. 22:00. Ciężko się było rozstać, serio... ;)
Pan Ś. jest na wyjazdach zarąbisty! Fajnie, że to właśnie On z nami pojechał. ^^
Zakochałam
się w obozach. <3 Na drugi rok będę się starać o jakąś kolonię. Może
coś wykombinuję. Może tym razem obóz strażacki?? ;pp
Wczoraj
doszła do mnie wiadomość, że Amy Winehouse nie żyje. O.O Paraliż
normalnie. Nie byłam jakąś jej fanką czy coś, ale wiem, że miała być
niedługo w Polsce i w ogóle... Szok...
Miałam napisać wcześniej, ale nie mogłam się jakoś ogarnąć. ;D Teraz będę nadrabiać zaległości na Waszych blogach.
Z
wyjazdu mam Bravo Girl a z wczorajszego wypadu do sklepu Bravo. xd Jak
nie ma co czytać, to gazeta też jest git. Muszę uzupełnić swoje
informacje ze świata, bo na obozie jak mi dziewczyny powiedziały, że Zac
nie jest z Vanessą to zrobiłam takie oczy jakbym ducha ujrzała. A to
podobno już dawno... o.o
photoblog.
pa. ;**
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz