niedziela, 2 grudnia 2012

Wróciłam!

Autor: wisienka.
Data: 24 lipca 2011r.
Godzina: 15:44

Hej! Zacznijmy od tego, że wróciłam. xdd
O rany... Jest tyle do opisania i nawet nie wiem od czego zacząć i jak to wszystko streścić... Na początek powiem, że było ZAJEBIŚCIE!!! Ja pierdziele... Na serio nie wiem od czego mam zacząć. Tyle się wydarzyło...
Poznałam wielu wspaniałych ludzi, o których nigdy nie zapomnę. Mamy już wstępne miejsce spotkania, a na termin się jeszcze umówimy. Zabawa była przednia, choć akurat z noclegownią mam nie najlepsze wspomnienia. Dlaczego? Złe recepcjonistki. I tyle. ;p Ochodziliśmy się baardzo dużo i powiem Wam szczerze, że spodobała mi się Warszawa, ale nie mogłabym tam mieszkać na dłużej. Po prostu nie.
Zrobiłam około sześciuset zdjęć i jestem z siebie pierońsko dumna. c: Mam pamiątkę jak się patrzy. A Marzena ma mi donieść jeszcze swoje zdjęcia. Ona ma sesje Mateusza. xpp Mówię Wam, to było boskie. <3
Oto skrócony opis dni:

Dzień pierwszy : sobota.
Wyjechaliśmy o 6 rano spod szkoły. W autobusie jak to w autobusie. Każda szkoła oddzielnie, mało wspólnych rozmów (w zasadzie to nie było ich w ogóle, bo nikt się jeszcze z nikim nie znał). Było tak... dziko. I gdyby taki wyjazd był cały, to byłoby beznadziejnie. Później krótkie zapoznanie z nowi ludźmi (jeszcze nie z wszystkimi) i wyprawa do Muzeum Techniki i Pałacu Kultury. Bardzo mi się tam podobało. Powrót na kolację i wiadomość, że idziemy na pokazy fontann. To było boskie!! Mam stamtąd zdjęcia, ale jak ktoś tego nie widział na żywo, to zdjęcia tego nie oddadzą. O tym mogę Was zapewnić. Po powrocie (już po ciszy nocnej) szybka kąpiel i... cała noc przegadana. Około 1:00 przyszedł do nas Marcin i siedział do rana. Fajnie się z nim gadało. A żeby nie wpaść, to gdy tylko ktoś pukał do drzwi Marcin chował się do szafy. xd

Dzień drugi: niedziela.
Rano budzi mnie o wpół do siódmej (budzi, bo o 6 rano mi się troszeczkę przysnęło) krzyk Bynia "Janek się dusi!! Nie oddycha!! Ma drgawki!! Janek umiera!!". Ja taka zaspana kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Ale przebudziłam się nie tylko ja. Wreszcie przyszły do nas Damiany i Byniu i opowiedzieli nam co się stało. Janek przewrócił się, dostał drgawek i zaczął się dusić. Raz już zemdlał (nie na wyjeździe), wiec pan Ś. zaraz zadzwonił po pogotowie. My czekaliśmy jak na szpilkach, ale szybko go wypuścili i już pod koniec śniadania był z nami. Ale nie wychodził nigdzie. Został w schronisku. My udaliśmy się na obchód miasta. Plac Zamkowy, Plac Piłsudskiego, Ogród Saski, Pałac Prezydencki, itd. Zmiana warty przy grobie nieznanego żołnierza to było dla mnie niezwykłe przeżycie. Uwielbiam mundury i widok żołnierzy wprawia mnie w zachwyt. <3 Późniejszy komentarz naszego przewodnika też był mega : "Ja się wcale nie dziwię tym zachwytem dziewczyn. Mundur na kobietę działa jak goła baba na mężczyznę albo i lepiej" xd Chodziliśmy tak przez 4 godziny. Później powrót i po obiedzie wyjście do Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo mi się tam podobało, ale to było z góry jasne, bo interesuje się II wojną światową i w ogóle. Potem powrót, kolacja, wyjście do kościoła na mszę i na tym się na chwilkę zatrzymam. Dobrze, że ksiądz miał dynamiczne kazanie, bo inaczej bym padła. Już prawie zasypiałam, co na 100% było wynikiem nieprzespanej nocy. Ale przetrwałam. Później znowu powrót do schroniska i wyjście do galerii Arkadii. Mieliśmy tam być do 22:00, ale nam sklepy o 21:00 pozamykali, bo była niedziela. I wróciliśmy pół godziny wcześniej. Okazało się, że mamy wśród nas muzyków razem z instrumentami. Stworzyliśmy mini zespół: Mateusz - gitara, harmonijka ustna, Karol - gitara, ja - wokal. Tą noc przespałam.

Dzień trzeci: poniedziałek.
Pobudka zbyt wcześnie. Dlaczego? Bo Andzia nastawiła budzik na 6:00. Budzik obudził wszystkich poza nią. Ale dostała opieprz i później już nas tak wcześnie nie budziła. O 8:00 tradycyjnie śniadanko i po śniadaniu wyjście na cmentarz na Powązkach. Fajnie było zobaczyć tyle grobów znanych ludzi, ludzi zasłużonych dla ojczyzny i w ogóle... Największe poruszenie wzbudziły we mnie mogiły osób, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. To wszystko jest jednak takie świeże... Na Powązkach złapał nas mały deszczyk, ale to nic. Powrót, obiad i wyjście do Parku w Wilanowie. Tam zrobiłyśmy sobie z dziewczynami sesje zdjęciową. c: Później Łazienki i tam ulewa. ;/ Dobrze, że miałam parasol, więc ani mnie, ani Justyny nie zlało. Szczerze Wam powiem, że na Łazienkach się zawiodłam... Tak po prostu... Niestety... Później powrót na kolację i czas wolny. Już bez żadnego wyjścia. ^^ Tą noc też spałyśmy spokojnie.

Dzień czwarty: wtorek.
Pobudka, śniadanie i wyjście do Kopernika. Tam bawiliśmy się świetnie. Najbardziej podobał mi się symulator trzęsienia ziemi, składanie ludzkich wnętrzności i tester znajomości. 4 godziny minęły mi bardzo szybko. Powrót na obiad i wyjście do Muzeum Olimpijskiego. Przewodniczka miała tak pocieszny głos a na dodatek tak przynudzała, że nikt jej nie słuchał. Na koniec i tak stwierdziła, że byliśmy wzorową grupą :D Powrót na kolacje i wyjście do Złotych Tarasów. Kupiłam sobie 2 bluzki i kolczyki. A jakby tego było mało w Housie spotkałyśmy... Hannę Dunowską czyli Matkę Ksawerego z Barw Szczęścia. ;p Mamy z nią zdjęcie.^^ Kiedyś się ono pojawi na moim fbl. powiadomię tutaj jak będzie. ;p Marzyłyśmy o jakiś AKTORACH (Wesołowski!!!!!) no, ale nie wyszło. Dobre i to co mamy. ;] Wieczorem uprosiłyśmy pana Ś. żeby przyszedł do nas nam poopowiadać o duchach, które widział on i jego ojciec. Także historie autentyczne. Fajnie było.^^ Później, tak koło północy, przyszedł do nas Marcin i... został u nas już do rana. Zasnął. xdd O 4 nad ranem, bo o 4, ale zasnął. xp Fajnie się z nim gada. Teraz mi zostało tylko GG. Ale dobre i to. c:

Dzień piąty: środa.
Pobudka, śniadanie, wyjście do Kopernika. W drugi dzień w Centrum mieliśmy za zadanie nakręcić film. xd Zabawa dalej była przednia, bo było jeszcze trochę eksperymentów do zrobienia. Szkoda, że dość dużo rzeczy było nieczynnych. ;/ Później powrót, obiad i wyjście do Muzeum Wojska Polskiego. Podobało mi się tam, ale wiadomo, jak już wcześniej mówiłam, macie do czynienia z osobą, która ma hopla na tym punkcie. ;DD Nie mieliśmy tam przewodnika. Zwiedzaliśmy na własną rękę. Pod Muzeum Marzena rozwiązała zagadkę duchów w domu Mateusza. U niego w domu straszyło i po przebadaniu sytuacji Marzena orzekła: Pradziadek Mateusza na wojnie kogoś puknął. Później tego trupa zmielili w betoniarce i dodali do cegieł. A później jego duch o żył i chodząc w glanach rzucał krzesłami. Przyznam, że dość ciekawy wynik poszukiwań ducha. ;D Recepcjonistki z naszego schroniska, które ewidentnie nas nie lubiły, poddały pomysł, żebyśmy z Muzeum wracali na nogach. O.O O rany! Samo pójście mnie nie przerażało tylko, że... W połowie drogi złapała nas burza. Mokrzy wpadliśmy do jakiegoś banku i tam przeczekiwaliśmy ulewę. Gdyby nie bank, to można by z nas było wodę litrami wyciskać. -.- Ale jakoś dotarliśmy. Na wyjazd na Okęcie się już nie zgodziliśmy. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień... Spać poszłam tak koło 3, bo około wpół do 3 zadzwonił do mnie telefon: "chodź na korytarz". No super... Wychodzę. Po prawej stronie widzę Mateusza, Karola i Marzenę a po lewej... Pan B. Zbaraniałam. xd Ale przyszłam, gadam z nimi, a za chwile pan B podchodzi i się pyta "Długo tak będziecie tutaj gadać? Bo ja długo nie wytrzymam". Hahahaha. Gość był na serio udany. ^.^ Inny by nas zagonił do pokoi a on? :D Ale może to też przez wzgląd, że to już OSTATNIA noc noc pożegnalna...

Dzień szósty: czwartek.
O szóstej wtargnął głośno pan Ś. "Wstawać, pakować się, sprzątać, bo za chwilę z wiadrem wody przyjdę!!" Suuuper. Biorąc pod uwagę, że ja się już spakowałam dzień wcześniej, to taka pobudka była dla mnie bardzo na miejscu. Biorąc pod uwagę perspektywę, że moje rzeczy były spakowane, a moje śmieci usunięte do kosza, przeleżałam w łóżku do siódmej. O siódmej przebrałam się w ubranie wyjściowe, piżamę spakowałam do torby, pościel z łózka pościągałam i byłam w zasadzie gotowa. O ósmej znieśliśmy nasze bagaże do bagażowni, a kwadrans później mieliśmy zdawanie pokoi. Zdałyśmy na 5! Śniadanko i znowu Centrum Nauki Kopernik. -.- Ok, ja rozumie dwa dni, ale w trzeci, to już na serio ni było tam co robić... Obsługa się na nas najpierw dziwnie patrzyła "dlaczego nic nie robimy tylko siedzimy", ale jak im powiedzieliśmy, że jesteśmy tu już trzeci dzień, to stwierdzili, że my możemy sobie siedzieć, i że w sumie to nam współczują. :D Po centrum zabranie bagaży i wyjazd do domu. Całą drogę (8 godz. z przystankami) śpiewaliśmy a Mateusz i Karol grali. Było bosko!!
Przyjechaliśmy około godz. 22:00. Ciężko się było rozstać, serio... ;)

Pan Ś. jest na wyjazdach zarąbisty! Fajnie, że to właśnie On z nami pojechał. ^^

Zakochałam się w obozach. <3 Na drugi rok będę się starać o jakąś kolonię. Może coś wykombinuję. Może tym razem obóz strażacki?? ;pp

Wczoraj doszła do mnie wiadomość, że Amy Winehouse nie żyje. O.O Paraliż normalnie. Nie byłam jakąś jej fanką czy coś, ale wiem, że miała być niedługo w Polsce i w ogóle... Szok...

Miałam napisać wcześniej, ale nie mogłam się jakoś ogarnąć. ;D Teraz będę nadrabiać zaległości na Waszych blogach.

Z wyjazdu mam Bravo Girl a z wczorajszego wypadu do sklepu Bravo. xd Jak nie ma co czytać, to gazeta też jest git. Muszę uzupełnić swoje informacje ze świata, bo na obozie jak mi dziewczyny powiedziały, że Zac nie jest z Vanessą to zrobiłam takie oczy jakbym ducha ujrzała. A to podobno już dawno... o.o

photoblog.

pa. ;**

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz